Odłożyłam na podłogę szklankę z wodą i usiadłam po turecku na skórzanej kanapie, umieszczonej naprzeciw kominka, trzymając w dłoni komórkę. Parsknęłam śmiechem odczytując esemesa od Vanessy. "W sumie nie wiem czy odczytasz tego esemesa jeszcze dzisiaj czy dopiero jutro bo już zaczęliście, ale w każdym bądź razie życzymy udanej nocy<3 Haha :D"
One były walnięte, to fakt niezaprzeczalny, ale między innymi właśnie za to je kochałam. Kochałam jak własne siostry. W tym momencie poczułam na swoich ramionach gwałtowne dotknięcie i niekontrolowanie pisnęłam. Odwróciłam się, a widząc Justina śmiejącego się w najlepsze, zirytowana rzuciłam w niego poduszką.
-Ty jesteś psychiczny?! - powiedziałam z udawanym oburzeniem, obdarzając chłopaka karcącym spojrzeniem. - Boże, no debil, no po prostu debil - dodałam, kręcąc głową i w duchu mając ochotę wybuchnąć śmiechem.
-Coś ty powiedziała? - Chłopak momentalnie przestał się śmiać, idąc w kierunku kanapy z cwanym uśmiechem na ustach.
-Ja? Ja nic nie mówiłam. - Szybko się "usprawiedliwiłam", jednocześnie wstając z kanapy i robiąc kilka kroków do tyłu.
-Niee? - spytał retorycznie, stając już przede mną.
-No musiałeś się przesłyszeć - odparłam dumnie z uśmiechem na ustach, jednak jednocześnie wciąż robiąc małe kroki do tyłu i oddalając się od chłopaka.
-Nie wydaję mi się - powiedział i zrobił cwaną minę, jednocześnie wręcz "rzucając" się na mnie. Nie zdążyłam uciec nawet pół metra, kiedy Jus złapał mnie za biodra i dosłownie zarzucił sobie na plecy. Zaczęłam piszczeć, śmiejąc się na jednocześnie.
-Ty naprawdę masz coś nie tak z głową, puść mnie! - powiedziałam, szamocząc się. Szatyn nie przestając cwanie się uśmiechać podszedł z powrotem do kanapy i zdjął mnie ze swoich pleców, siłą kładąc mnie na łóżko. Usiadł na mnie, uniemożliwiając mi tym samym ucieczkę.
-Przeprosisz? - spytał, zadziornie się uśmiechając i przypierając mnie do łóżka.
-Złaź ze mnie, jesteś ciężki! - powiedziałam, ignorując jego pytanie i usiłując go z siebie zrzucić, co kompletnie mi się nie udawało.
-Przeprosisz? - powtórzył pytanie, wygodnie na mnie siadając, jakby nie miał najmniejszego zamiaru zmieniać pozycji.
-Lecz się. - Parsknęłam śmiechem, odwracając wzrok. - Dobra, przepraszam - dodałam po chwili, nie potrafiąc już powstrzymać uśmiechu.
Justin spojrzał na mnie z politowaniem, parskając śmiechem.
-No przeprosiłam, złaź! - powiedziałam ze śmiechem i pociągnęłam go za koszulkę, jednak chłopak zabrał moje ręce, wciąż nie zmieniając swojej pozycji.
-Czy ty sądzisz, że chodziło mi o takie zwykłe "przepraszam"? - powiedziałam i wyszczerzył się, robiąc cwaną minę. -Musisz znaleźć jakiś miły i przyjemny sposób na ładne przeproszenie mnie, żebym już się nie gniewał - dodał, poruszając teatralnie brwiami. Niekontrolowanie wybuchłam śmiechem, zakrywając twarz dłońmi.
Cholera jasna, robiło mi się już naprawdę ciężko!
-No to jak będzie? - spytał, bawiąc się skrawkiem materiału mojej bluzki. Oblizałam wargi, odwracając wzrok i uśmiechając się pod nosem.
O nie skarbie, tak łatwo nie będzie. Zaśmiałam się w duchu, zauważając przy łóżku moją szklankę z wodą. Uśmiechnęłam się zadziornie, kładąc dłoń na jego klatkę piersiową i wyjmując spod jego koszulki nieśmiertelnik, który miał na szyi. Obracałam go w dłoni, po czym lekko za niego pociągnęłam, przyciągając tym samym chłopaka do siebie.
Justin nachylił się kilka centymetrów nade mną, podpierając się na rękami po moich bokach.
-Mam taki jeden pomysł - szepnęłam mu do ucha, wciąż bawiąc się jego nieśmiertelnikiem. -Tylko nie wiem czy ci się spodoba - dodałam, starając się zabrzmieć jak najbardziej uwodzicielsko. Jedną dłoń wplotłam w jego włosy, drugą natomiast położyłam na jego brzuchu, zaczynając delikatnie wsuwać ją pod jego koszulkę.
-Już mi się podoba - szepnął, a jego oddech nieco przyspieszył.
-Naprawdę? - spytałam słodko, sunąc palcami po jego torsie. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale zachowałam zimną krew.
-Mhm - mruknął tuż przy moim uchu. W tym momencie jedną rękę wyciągnęłam na bok, sięgając powoli po szklankę z wodą leżącą na podłodze.
-W takim razie..- szepnęłam i w tym samym momencie odsłoniłam jego koszulkę na plecach, wlewając pod nią całą zawartość szklanki. Chłopak gwałtownie ode mnie odskoczył, podnosząc się z kanapy i naciągając swoją koszulkę. Wybuchłam głośnym śmiechem, również wstając z łóżka.
-To było piękne - wydukałam przez śmiech, odgarniając swoje włosy do tyłu.
-Ty wredna, podstępna małpo - powiedział, jednocześnie śmiejąc się i zdejmując z siebie mokrą koszulkę.
-Już mi tak nie praw tych komplementów bo się zarumienię - powiedziałam ironicznie, słodko trzepocząc rzęsami i udając zawstydzoną, po czym ponownie parsknęłam śmiechem.
-Wiesz, chciałam cię trochę ochłodzić, byłeś taki rozgrzany - dodałam i śmiejąc się podeszłam do niego, dając mu buziaka w policzek. Jus spojrzał na mnie robiąc "oburzoną" minę, jednocześnie uśmiechając się.
-Dobra - odparłam, podchodząc do jego otwartej walizki. - Wkładaj to i rozpalamy w końcu w tym kominku. - Zaśmiałam się, rzucając mu pierwszą, lepszą wyciągniętą koszulkę. Justin bez słowa włożył na siebie ubranie, podchodząc do kominka.
-Rozpalałaś kiedyś w kominku? - spytał, kucając przy wspomnianym przedmiocie i patrząc na mnie z uśmiechem.
-Nie? - odpowiedziałam, patrząc na niego jak na idiotę, po czym parsknęłam śmiechem. - Rodzice zawsze to robili. Nie mam pojęcia ja to się robi - dodałam, wzruszając ramionami i również podchodząc do chłopaka, kucając przy nim.
-No przede wszystkim to potrzebujemy jakiegoś drewna, twoi rodzice na pewno je gdzieś trzymają. Nie wiesz gdzie? - spytał, a ja wzruszyłam ramionami.
-Chociaż wydaję mi się, że chyba w piwnicy, bo gdzie indziej? - dodałam po chwili.
-No dobra, no to trzeba iść sprawdzić - powiedział, wstając.
-No to ty idź, a ja w tym czasie zrobię coś ciepłego do picia. - Uśmiechnęłam się "słodko", wymigując się tym samym od schodzenia do ciemnej, zimnej piwnicy. Justin zaśmiał się pod nosem, kręcąc głową.
-Dobra, to idę - odparł, wychodząc z salonu. Samoistnie uśmiechnęłam się sama do siebie, sama nie wiedząc dlaczego.
Ten tydzień już teraz zapowiedział się bardzo dobrze. Jestem pewna, że miło go spędzimy.
Założyłam ręce na piersi, udając się do kuchni. Wyjęłam z szafek dwa kubki oraz herbatę, po czym wstawiłam wodę, siadając na krześle.
-Spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie. Było kilka minut po dwudziestej trzeciej, a mi kompletnie nie chciało się spać. Może to te trzy kawy wypite wcześniej robiły swoje. Westchnęłam, usłyszawszy jak woda skończyła się gotować.
Zalałam oba kubki gorącą wodą, wracając z nimi do salonu i kładąc na stole. Włączyłam telewizor, siadając na kanapie i przełączając kanały w poszukiwaniu czegoś interesującego do obejrzenia. Szczerze mówiąc jedyne co napotkałam do kiepskie filmy dla dorosłych lub nocne tele-gry. Zirytowana westchnęłam, zostawiając w końcu na jednej ze stacji muzycznych.
-Tyle ciekawych filmów pewnie o tej godzinie leci, a ty włączyłaś muzykę, no wiesz co. -Usłyszałam po chwili i odwróciłam się w tamtą stronę, uśmiechając się pod nosem.
-Te "interesujące filmy" - zacytowałam go. - Oglądaj sobie sam - odparłam.
-Wiesz jak fajnie byłoby je obejrzeć razem? - powiedział, poruszając teatralnie brwiami na co ja przewróciłam oczami, parskając jednocześnie śmiechem.
-Milcz człowieku - powiedziałam, kręcąc głową i śmiejąc się pod nosem. Chłopak jedynie wyszczerzył się, podchodząc bliżej.
Dopiero teraz zauważyłam, że oprócz drewna po które poszedł, trzymał w drugiej dłoni również butelkę wina.
-Skąd to masz? - spytałam zdziwiona.
-Było w piwnicy. Iść odłożyć? - odparł, kładąc drewno na ziemi, a butelkę na stole.
-No co ty, dawaj to tutaj - odpowiedziałam, na co oboje się zaśmialiśmy. Wyciągnęłam rękę, sięgając po butelkę i oglądając ją.
-Ciekawe czy rodzice zorientują się, jak je wypijemy - spytałam retorycznie, udając, że intensywnie nad czymś myślę, po czym oboje parsknęliśmy śmiechem.
-Dobra, teraz lepiej zajmijmy się tym kominkiem - dodałam ze śmiechem.
Po około piętnastu minutach udało nam się (a raczej Justinowi) rozpalić w kominku. Chłopak spojrzał na mnie z dumną miną.
-Brawo, jestem z ciebie dumna! - powiedziałam, uśmiechają się i udając zachwyt.
-A co za to dostanę? - Wyszczerzył się, patrząc na mnie zadziorne. Zaśmiałam się, przewracając oczami.
-Pff, nic - prychnęłam, wzruszając ramionami.
-Ale ty jesteś wredna i okrutna - powiedział, z udawanym oburzeniem i podszedł siadając obok mnie.
-Ale i tak mnie kochasz. - Westchnęłam, uśmiechając się.
-I to bardzo. - Uśmiechnął się, całując mnie w usta.
-No, ale kiedy ty tak ciężko pracowałeś, rozpalając w kominku, ja przyniosłam to - powiedziałam, kiedy się od siebie odsunęliśmy i zabrałam z podłogi dwa kieliszki.
-Nieładnie tak pić wino. Osiemnaście lat, jest? - cmoknął charakterystycznie, kręcąc z głową.
-Pff, odezwał się ten pełnoletni - prychnęłam z uśmiechem i wlałam do jednego z kieliszków wcześniej otwartego wina.
-Ja, kochanie, za niecały miesiąc będę miał już osiemnaście lat. A pani o ile się nie mylę, jeszcze dobre pół roku będzie małoletnia - powiedział, udając poważnego, chociaż delikatnie się uśmiechał.
*Tak wiem, że w większości stanów w Ameryce pełnoletność osiąga się po ukończeniu dwudziestego pierwszego roku życia, ale to tylko opowiadanie, prawda?*
-Oj no rzeczywiście - odparłam, podając chłopakowi kieliszek, po czym wlewając wina do drugiego naczynia. -A nie naskarży pan moim rodzicom? - spytałam, również udając poważną i odkładając butelkę na podłogę.
-Będę musiał to przemyśleć - pokręcił głową, "cmokając". Ujęłam kieliszek jedną dłonią, przybliżając się do chłopaka. Wolną dłoń położyłam na jego karku, przysuwając się do niego jeszcze bardziej i całując go w usta. Postarałam się, aby ten pocałunek był jak najbardziej namiętny i trwał jak najdłużej. Jednocześnie sunęłam opuszkami palców po jego karku.
-To jak będzie? - szepnęłam mu w usta, kiedy w końcu się od siebie oderwaliśmy.
-Nie pisnę słówka - mruknął, na co oboje cicho się zaśmialiśmy. Odsunęłam się od chłopaka, zajmując swoje poprzednie miejsce.
-W takim razie, nasze zdrowie - powiedziałam uśmiechając się i wysuwając kieliszek w jego stronę. Stuknęliśmy się kieliszkami, uśmiechając się.
Chłopak opierał się o boczne oparcie kanapy, a ja leżałam pomiędzy jego nogami, z głową ułożoną na jego klatce piersiowej. Leżeliśmy tak już od jakiejś dobrej godziny, nie przestając rozmawiać i pić wina. Nie, to źle zabrzmiało. Nie chodzi mi o to, że wypiliśmy już całą butelkę wina, bo gdyby tak było, zapewne teraz leżałabym na podłodze, śmiejąc się do sufitu. Ale wróćmy do tematu.
Piliśmy dopiero po drugim kieliszku.
-Jest ci ciężko, prawda? - spytałam, obracając w dłoni swój kieliszek. - Wiesz o czym mówię - dodałam, podnosząc na moment głowę i patrząc mu w oczy, po czym ponownie kładąc ją na jego torsie.
-Nie będę kłamał, że nie. Ale jest już lepiej. W pierwszych kilku dniach miałam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i coś wziąć. Amfę, kokę - cokolwiek, byleby czymś się naćpać - odpowiedział a mnie na samą myśl przeszły ciarki. - Teraz już coraz lepiej sobie z tym radzę. Nie myślę o tym tyle, chociaż nie będę kłamał. Czasami nachodzi mnie myśl, czy aby na pewno jeden, jedyny raz, kiedy znów wezmę, będzie czymś wielkim. - dodał.
Westchnęłam cicho, nie chcąc nawet przypominać sobie momentów, kiedy był pod wpływem narkotyków.
-Proszę cię, jeśli kiedykolwiek najdzie cię taka myśl to mi o tym powiedz - powiedziałam, ponownie podnosząc głowę i patrząc na chłopaka.
-Obiecuję, skarbie - odparł cicho, delikatnie całując mnie w czubek głowy. Uśmiechnęłam się lekko, znów kładąc głowę na jego torsie i biorąc łyk czerwonego wina.
W tym momencie czuję, że mam wszystko, że do szczęścia nie brakuje mi już zupełnie niczego. Przypominałam sobie co czułam, kiedy nie miałam pojęcia, czy Jus przeżyje i miałam ochotę się rozpłakać. To był najgorszy okres w moim życiu, chociaż wiem jak bardzo złe rzeczy spotkały mnie wcześniej. Nic tak naprawdę nie mogło równać się z uczuciem, że najbliższa ci osoba, ktoś dla kogo żyjesz, może cię zostawić.
Nie chcę tego wspominać, nigdy więcej.
-Nie wiem co bym zrobiła, gdybym wtedy cię straciła. - Westchnęłam cicho. - Pewnie już by mnie tu nie było - dodałam, będąc całkowicie pewna swoich słów. Nie wyobrażam sobie życia bez Justina, wtedy nic nie miałoby już sensu.
-Miley, nawet tak nie mów - powiedział od razu, lekko się podnosząc. Podniosłam głowę, odsuwając się nieco od niego. -Ale jestem tutaj i nigdy więcej nie myśl o czymś takim, dobrze? - powiedział, ujmując moją twarz dłońmi.
Kiwnęłam twierdząco głową, na co chłopak delikatne się uśmiechnął.
-Kocham cię - szepnął, przybliżając się do mnie. Już po chwili ponownie poczułam jego usta na swoich wargach, czując to niesamowite ciepło, które ogarniało moje ciało.
Każdy nasz pocałunek był idealny. Był odzwierciedleniem wyobrażenia pocałunku, któremu towarzyszą fajerwerki. Z dnia na dzień miałam wrażenie, że kocham Justina coraz bardziej, co szczerze mówiąc wydaję mi się już chyba niemożliwe.
Jego usta smakowały teraz słodkim winem, co sprawiało, że pocałunek był jeszcze przyjemniejszy. Wplotłam palce w jego włosy, czując w brzuchu dosłownie "stado motylków". Poddałam się delikatnemu oporowi, który stawił Jus i posłusznie położyłam się na łóżku, pozwalając na dalsze pocałunki.
*Tak dla jasności, oni nie uprawiali teraz seksu. Nie pominęłabym opisu tak dosyć ważnego wątku jak ich pierwszy raz*
Siedzieliśmy w sypialni, wypakowując nasze ubrania i układając je w szafie. Głupio byłoby przez tydzień trzymać ciuchy w torbach.
-Jak myślisz, moi rodzice sobie żartowali czy mówili rację z tym...no..poczęciem - spytałam po chwili, patrząc niepewnie na chłopaka .Justin parsknął śmiechem, układając swoje ubrania w szafce.
-Może tak - zaczął, składając koszulkę. - A może nie - dodał, spoglądając na mnie i idiotycznie się uśmiechając.
-No weeeź - przeciągnęłam, rzucając w niego bluzką i śmiejąc się pod nosem.
No sami powiedzcie, czy nie byłoby dla was dziwne spać z chłopakiem na łóżku na którym wasi rodzice..no właśnie?
-No, ale co ja ci na to poradzę? - Zaśmiał się, wzruszając ramionami. - Zresztą nie przesadzaj, to nic takiego - dodał.
-Nic takiego? No Justin tobie naprawdę nie przeszkadza, że my mamy się..to znaczy, że my mamy spać na łóżku na którym "zrobili" mnie rodzice? - spytałam, poprawiając się w ostatniej chwili i jednocześnie mając ochotę parsknąć śmiechem na słowa "zrobili mnie".
-Że my mamy się, co? - spytał zadziornie, odkładając ubrania i podchodząc do mnie. Wiedziałam, że podchwyci to, co chciałam powiedzieć.
-Że mamy spać, przejęzyczyłam się - odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
-Mmmhhhmm - mruknął i nachylił się nade mną, dając mi buziaka w policzek. -Oczywiście się przejęzyczałaś, każdemu się zdarza. - Zaśmiał się, na co ja spojrzałam na niego i pokręciłam głową z udawanym oburzeniem, jednocześnie lekko się uśmiechając.
-Dobra, to ja idę do łazienki - powiedział po chwili i odsunął się.
-Wiesz gdzie jest łazienka? - spytałam, zerkając na niego.
-Mhm - odpowiedział, po czym wyszedł z pokoju. Zaśmiałam się cicho pod nosem, przypominając sobie moje wcześniejsze słowa, kończąc składać swoje rzeczy.
Ja poszłam do łazienki już wcześniej. Wzięłam prysznic i przebrałam się w krótkie, dresowe spodenki oraz w bokserkę, w której zawsze spałam.
Odłożyłam nasze walizki za szafkę i położyłam się na łóżku, bawiąc się swoim telefonem. Grałam w jakąś idiotyczną grę, na której nawet nie potrafiłam się skupić. Cały czas myślałam o tym cholernym łóżku. No ludzie, przecież jeśli ja i Justin byśmy..no wiecie, to czy świadomość, że kiedyś (zapewne nie pierwszy i nie ostatni raz) robili to na nim moi rodzice, nie będzie chora? Boże, czy ja zawsze wszystko muszę tak wyolbrzymiać?
Ta cholerna myśl nie dawała mi spokoju. Rozmyślałam nad tym jak kretynka, aż do momentu, kiedy Jus wrócił z łazienki.
Nie no, ja nie dam rady. Podniosłam się z łóżka, wstając na równe nogi. Zdjęłam z łóżka jedną z poduszek oraz zaczęłam ściągać kołdrę.
-Co ty robisz? - spytał po chwili zdezorientowany chłopak.
-Zabieram pościel i idę spać na dół - odparłam pewnie, zdejmując pościel z dużego łóżka. Zwinęłam długą kołdrę, łapiąc ją razem z poduszką i wychodząc z pokoju.
-Zostawiasz mnie tutaj samego? - spytał jeszcze, patrząc na mnie jak na kompletną wariatkę.
-Rób co chcesz, ja zabieram pościel i idę spać na dół. - Wzruszyłam ramionami, schodząc po schodach na dół.
Jestem wariatką, naprawdę. Weszłam do salonu, kładąc na podłogę, przyniesioną ze sobą pościel. Przygryzłam dolną wargę, opierając dłoń na biodrze i przez moment się zastanawiając. Przy kanapie znajdował się duży, miękki, biały, puchaty dywan. Doszłam do wniosku, że będzie mi na nim wygodniej niż na kanapie, a do tego przy kominku będzie mi ciepło. Odsunęłam na bok stolik, po czym zaczęłam przygotowywać sobie posłanie na dywanie.
Jako prześcieradła, użyłam koca, który leżał na kanapie, później położyłam jedynie poduszkę i kołdrę i moje "łóżko" było gotowe.
-Można się przyłączyć? - usłyszałam po chwili i spojrzałam w tamtym kierunku. Jus stał przy schodach, trzymając dużą poduszkę i delikatnie się uśmiechając. Zaśmiałam się pod nosem.
-Ależ proszę, miejsca jest dużo - odparłam z uśmiechem na ustach, zakładając ręce na piersi.
_______________________________________________________________________
Chyba pierwszy raz w życiu nie wiem od czego zacząć. Dodałam rozdział, tak jak obiecałam jeszcze W TYM tygodniu. Do poniedziałku zostały mi niecałe dwie godziny.
Ja naprawdę przepraszam, że tak późno, ale czy wy uważacie, że napisanie takiego rozdziału to łatwizna? Że zawsze mam na to czas? Ochotę? Wenę?
Nie.
Jeśli komentarzami pod poprzednią notką informacyjną chciałyście sprawić mi przykrość, to wam się udało. Chciało mi się płakać. I nadal chce, kiedy to piszę.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek niektóre z was doprowadzą mnie do łez, które nie są łzami szczęścia.
Może macie racje. Może się nie nadaje. Może powinnam przestać pisać i rzucić to wszystko. Możliwe.
Wiem, że czasem nawalam, ale staram się jak mogę.
Pisząc mi, że jeśli nie dodam rozdziału, przestaniecie czytać moje blogi, nie dodajecie mi chęci do napisania rozdziału, wręcz przeciwnie.
Więc może zaznaczę. Jeśli jestem tak okropna - w prawym, górnym rogu masz taki ładny krzyżyk. Nikogo nie zmuszam do czytania moich blogów. Może macie racje, może jestem do dupy i nie powinnam pisać.
Mimo wszystko dziękuję osobom, które pomimo to stały w mojej obronie i nie robiły mi wyrzutów<3
To chyba tyle. Dziękuję za uwagę. Jeśli spieprzyłam rozdział bardzo przepraszam, ale byłam pod taką presją, że nie dałam rady napisać nic lepszego.
Macie rację. Jestem do dupy.