Nikt nie mówił, że miłość jest łatwa.
Wstałam grubo po dwunastej, ale co się dziwić, skoro od Justina wróciłam wczoraj prawie o pierwszej w nocy. Nie chciałam zostawiać go samego, bo nie miałam pojęcia, czy nie ma gdzieś schowanych narkotyków i czy po nie nie sięgnie. Całe szczęście już jutro wracają jego rodzice z delegacji, więc Jus nie będzie mógł już robić podobnych akcji jak przedwczoraj w nocy.
Nie miałam pojęcia czy powinnam komuś powiedzieć o tym, że Justin zacząć ćpać. Z jednej strony nie chciałam nikogo w to mieszać, ale z drugiej wiedziałam, że sama mogę nie dać rady mu pomóc. Mam jednak nadzieję, że Jus nie uzależnił się jeszcze do tego stopnia, abym nie potrafiła pomóc mu z tego wyjść.
Po wzięciu prysznica, ubrałam się i zeszłam na dół. Wiedziałam, że czeka mnie teraz wysłuchiwanie morałów mojej mamy. Wczoraj w końcu bez żadnego uprzedzenia czy telefonu wróciłam do domu w nocy.
Weszłam do kuchni, w której nikogo nie było i podeszłam do lodówki, z której wyjęłam karton soku pomarańczowego. Wzięłam łyk zimnego napoju, słysząc po chwili głos mojej mamy.
-Miley, możesz mi wytłumaczyć gdzie ty się wczoraj tyle czasu podziewałaś?
A nie mówiłam?
Przewróciłam oczami i westchnęłam cicho, wkładając z powrotem karton do lodówki. Odwróciłam się na pięcie w stronę mojej mamy, która stała bokiem oparta o ścianę z kubkiem w dłoni.
-No słucham - powtórzyła.
-Byłam u Justina - powiedziałam spokojnie i usiadłam przy stole, biorąc do ręki gazetę na nim leżącą.
-Jesteś w stanie sobie wyobrazić, że się o ciebie martwię, kiedy wychodzisz z domu, nie wracasz kilka godzin i nie da się do ciebie dodzwonić? - spytała retorycznie.
-Mamo wiem, przepraszam. Miałam wyciszony telefon i nie słyszałam jak dzwoniłaś, a nie uprzedziłam, bo nie wiedziałam, że tyle u niego będę, tak jakoś wyszło.
Mama westchnęła i usiadła naprzeciw mnie.
-Miley, ja rozumiem, że się kochacie, jesteście młodzi i tak dalej, ale proszę cię, bądź odpowiedzialna i nie zmarnuj sobie życia na własne życzenie.
-Mamo - westchnęłam, przewracając oczami.
-Tak wiem, wiem, że to takie głupie gadanie matki, która nic nie rozumie, ale weź sobie to do serca. Byłam dokładnie w twoim wieku, kiedy cię urodziłam i na pewno nie powiem, że tego żałuję, ale wiem też, że dużo mnie ominęło w młodości.
-Wcale tak nie myślę i wiem, że na pewno nie chciałabym zostać nastoletnią matką. Po prostu mi zaufaj, okej? - Uśmiechnęłam się lekko.
-Dobrze kochanie, ufam ci. - Odwzajemniła uśmiech, przeczesując moje włosy. - Tylko błagam cię, uprzedzaj następnym razem, jak będziesz miała zamiar wrócić w środku nocy - dodała, na co obie się zaśmiałyśmy.
*
Po obiedzie umówiłam się z dziewczynami na zakupy. Przebrałam się i poprawiłam makijaż, po czym dostałam esemesa od Megan, żebym już wychodziła z domu. Weszłam jeszcze na chwilę do mojego pokoju i popsikałam się perfumą. Przygryzłam dolną wargę, patrząc na wyświetlacz telefonu.
-Nie no, muszę zadzwonić - powiedziałam po chwili do siebie i wybrałam numer Justina.
Odebrał po dwóch sygnałach, co samo w sobie już mnie trochę uspokoiło.
-Hej..co u ciebie? Co robisz?
-Hej skarbie. Sprawdzasz mnie...prawda? - powiedział niepewnie.
Westchnęłam cicho, siadając jeszcze na chwilę na skraju łóżka.
-Nie chcę, żeby to tak brzmiało - odpowiedziałam, przeczesując swoje włosy.
-Miley, przecież wiesz, że nie mówię tego w tym sensie. Uspokoję cię - nic nie brałem.
Odetchnęłam cicho z ulgą.
-To dobrze...pamiętaj co mi obiecałeś, jakby coś to dzwoń.
-Dziękuję - powiedział i oczami wyobraźni widziałam jak lekko się uśmiecha. Uśmiechnęłam się sama do siebie, wstając.
-Ja już muszę kończyć, do zobaczenia.
-Pa - odpowiedział pogodnie.
Rozłączyłam się, chowając telefon do torebki. Czułam się o wiele spokojniej, dobrze zrobiłam, że do niego zadzwoniłam.
Wzięłam swoją torebkę do ręki i wyszłam z pokoju, schodząc na dół. Usiadłam na fotelu w przedpokoju, wkładając botki.
-Mamo, ja wychodzę z dziewczynami - krzyknęłam do mamy, która znajdowała się w salonie.
-Tylko nie wróć w nocy - zaśmiała się, na co ja jej zawtórowałam.
Wstałam, zakładając kurtkę, po czym zakładając na ramię torebkę, wyszłam z domu. Dziewczyny już na mnie czekały w samochodzie ojca Megan.
-Hej - przywitałam się z uśmiechem na ustach i położyłam torbę obok.
-Hej - odpowiedziały niemalże równocześnie, po czym Meg odpaliła silnik.
*
Po jakichś dwóch godzinach chodzenia po sklepach wymiękłyśmy. Udałyśmy się do jednej z kawiarni, dochodząc do wniosku, że na dzisiaj mamy dosyć zakupów. Zamówiłam cappuccino i wygodnie rozsiadałam się na krześle, biorąc głęboki oddech.
-Co jak co, ale zakupy naprawdę męczą - powiedziała, zakładając nogę na nogę.
-Dokładnie, to powinno być zamiast wuefu w szkole - dodała Vanessa, na co wszystkie cicho się zaśmiałyśmy.
Westchnęłam cicho, opierając podbródek na dłoni.
-Za trzy miesiące osiemnastka Justina, a ja kompletnie nie mam pojęcia co mu kupić - powiedziałam, a w tym momencie podszedł do nas akurat kelner, wręczając nam nasze zamówienia.
-Ja tym bardziej - powiedziała Meg, mieszając łyżeczką w swojej kawie.
-Może po prostu zapytamy go, co chciałby dostać - powiedziała blondynka, robiąc łyk swojego napoju.
W tym momencie Megan uśmiechnęła się zadziornie pod nosem, a ja od razu odwzajemniłam uśmiech.
-Cooo? - zaśmiałam się, patrząc na nią.
-Nooo, ty na przykład mogłabyś dać mu na urodziny prezent jedyny w swoim rodzaju, który może dostać tylko od ciebie - powiedziała z cwanym uśmiechem, a Vanessa parsknęła śmiechem. Szczerze mówiąc nie miałam bladego pojęcia co one mają na myśli.
-Coo? Czyli co dokładniej? - spytałam zdezorientowana.
Dziewczyny spojrzały na siebie nawzajem i parsknęły śmiechem.
-Oj Miley noo - spojrzała na mnie znacząco Meg, a ja dalej idiotycznie wgapiałam w nie wzrok, kompletnie nie rozumiejąc o co im chodzi.
-Nigdy jeszcze tego nie robiliście, prawda?
-Czego? - walnęłam, dochodząc do wniosku, że dzisiaj moje rozumowanie jest opóźnione do maksimum.
-No nie uprawialiście seksu. - Przewróciła oczami Van, uśmiechając się.
-A-ale..co to ma w ogóle..no nie, nie robiliśmy tego - powiedziałam, spuszczając wzrok.
-Właśnie. A jak myślisz. Justin by tego chciał czy nie? - Poruszała teatralnie brwiami.
-Retoryczne pytanie. Więc nie uważasz, że TO byłby oryginalny i jakże cudowny prezent dla niego? - skwitowała Megan, a ja aż otworzyłam usta z wrażenia.
-Jesteście walnięte! - wyrzuciłam w końcu z siebie, pukając się w czoło i parskając śmiechem.
Obie jednocześnie zawtórowały mi, śmiejąc się.
-No co ty chcesz?! Nie uważasz tego pomysłu za genialny? - powiedziała, śmiejąc się Meg.
-Nie? - spytałam retorycznie, ponownie parskając śmiechem i spuszczając głowę.
-No, ale tak serio..- powiedziała po chwili z uśmiechem Vanessa. - Dlaczego nie? Coś mi się wydaję, że ten prezent spodobałby mu się bardziej niż wszystko inne, co mogłabyś mu kupić - dodała.
Spojrzałam na nie i pokręciłam głową, kładąc ją na dłoni, opartej na stoliku.
-I jak wy to sobie wyobrażacie? - spytałam nieco drwiąco, cały czas się uśmiechając, chociaż nie zaprzeczę, że przez myśl przeszło mi, czy ten pomysł nie jest taki zły.
-No na przykład w połowie imprezy urodzinowej, tak w nocy, mogłabyś go gdzieś zabrać, w jakieś specjalnie miejsce, powiedzieć mu, że masz dla niego prezent i...
-Okeeej, okej, rozumiem! - przerwałam jej, na co wszystkie trzy zaczęłyśmy się śmiać. - Macie wybujałą wyobraźnię - skwitowałam i wyszczerzyłam się.
-Pff, a ty jej za grosz nie masz! - prychnęła Meg, a my ponownie parsknęłyśmy śmiechem.
-Ale my naprawdę mówimy serio, przemyśl to. Wyobraź sobie jaką byś mu tym niespodziankę zrobiła.
Nic już nie odpowiedziałam, jedynie pokręciłam ze śmiechem głową, opierając się o siedzenie krzesła i krzyżując ręce na piersi.
Kiedy dziewczyny poszły razem do łazienki, żeby poprawić makijaż, wyjęłam z torebki komórkę, wybierając numer Justina. Przyłożyłam telefon do ucha, czekając, aż usłyszę jego głos. Jednak się tego nie doczekałam. Czułam, jak serce zaczyna mi bić coraz mocniej.
Po pierwszym i drugim nieodebranym połączeniu, zaczęłam analizować w głowie najczarniejsze scenariusze.
-Odbierz ten telefon do cholery - mruknęłam sama do siebie, kiedy po raz kolejny usłyszałam w słuchawce sekretarkę. W tym momencie z łazienki wróciły dziewczyny.
-Wiecie co, ja muszę się już zbierać. Mama dzwoniła, żebym przyszła już do domu, nie wiem o co chodzi, mówiła, że coś ważnego - powiedziałam szybko i zaczęłam ubierać kurtkę i zbierać swoje rzeczy.
-To poczekaj, my też będziemy się już zbierać i cię podwieziemy.
-Nie, dzięki, wezmę taksówkę - uśmiechnęłam się blado i zabrałam swoją torebkę. Szybko pożegnałam się z dziewczynami i niemalże wybiegłam z kawiarni.
Pełna obaw i niepewności wysiadłam przed domem z taksówki i płacąc kierowcy, zamknęłam za sobą drzwi. Przełknęłam głośno ślinę, szybkim krokiem udając się w kierunku domu Justina. Gwałtownie zapukałam, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę. Po kilku sekundach zapukałam drugi raz, jednak i to nic nie dało. Miałam już w głowie najgorsze myśli, a serce waliło mi jak młotem. Gwałtownie otworzyłam drzwi, wchodząc do środka i zamykając je za sobą.
-Justin! - krzyknęłam. Kiedy nie usłyszałam żadnej odpowiedzi, odłożyłam gwałtownie torebkę na podłogę i szybkim krokiem zaczęłam chodzić po domu. Weszłam do salonu i stanęłam jak wryta. Justin siedział przy stole i nachylał się nad nim. Złość i ochota rozpłakania się rosły we mnie z każdą sekundą.
Podeszłam do chłopaka i gwałtownie pociągnęłam go do góry, tak aby wstał. Spojrzałam na stół na którym rozsypany był biały proszek.
-Miałeś do mnie zadzwonić, kiedy znowu będzie cię do tego ciągnęło! - krzyknęłam i szarpnęłam go za koszulkę.
-Spokoojnie - powiedział łagodnie i zaśmiał się idiotycznie. Wiedziałam, że przed moim przyjazdem zdążył już się naćpać. Wyrzucałam sobie w duchu, że nie przyszłam wcześniej, chociaż wiedziałam, że to nie jest moja wina.
Chłopak wyminął mnie i przeszedł się kawałek do przodu.
-Ja chciałem do ciebie zadzwonić, ale wtedy sobie uświadomiłem, że nie pozwolisz mi wziąć, a mi się bardzo chciało, więc...- w tym momencie odwrócił się w moją stronę. - Więc nie zadzwoniłem! - dodał i wybuchnął śmiechem.
Pokręciłam głową ze złością i łzami w oczach. Przeszłam szybkim krokiem obok Justina i weszłam do kuchni. Zabrałam z szuflady worek na śmieci i wróciłam do salonu. Justin cały czas mi się przyglądał, ledwo kontaktując.
Nachyliłam się nad stołem i zaczęłam zbierać cały ten proszek, którym była najprawdopodobniej kokaina, do worka.
-Co ty robisz!? - krzyknął, nagle jakby się rozbudzając. Podszedł do mnie i wyrwał mi z rąk worek.
-Zwariowałaś, kurwa?! - wrzasnął, a ja aż podskoczyłam. Pierwszy raz w życiu podniósł na mnie głos w ten sposób, że aż przeszły mnie ciarki.
Zebrał dłonią narkotyk na jedną kupkę i ponownie podniósł się, patrząc na mnie.
-Nigdy więcej tego nie rób - syknął mi w twarz. Pomimo drżących dłoni i ciarek, które mnie przeszły, ponownie nachyliłam się nad stołem, chcąc zrzucił na podłogę biały proszek. W tym momencie Justin mocno złapał mnie za ręce, odsuwając od stołu.
-Powiedziałem coś kurwa! - krzyknął, szarpiąc mnie za rękę. Nigdy, przenigdy wcześniej nie podniósł na mnie głosu ani tym bardziej mnie nie szarpał...Serce niemal podeszło mi do gardła.
-Puść, to boli! - powiedziałam głośno, czując jak w oczach zbierają mi się łzy. Chłopak gwałtownie mnie puścił, odchodząc na bok. Zrobiłam krok w tył, czując, że strach narasta we mnie z każdą sekundą. W tym momencie najzwyczajniej w świecie się go...bałam.
Justin złapał za szklaną ramkę na zdjęcia, stojącą na półce i z całej siły cisnął nią o podłogę. Huk spowodował, że aż podskoczyłam, a po moim policzku niekontrolowanie spłynęła łza.
-I widzisz co narobiłaś?! - syknął, łapiąc mnie za ramiona i potrząsając mną.
-Justin, uspokój się - powiedziałam cicho łamiącym się głosem.
-Nie rozkazuj mi! - wrzasnął i jeszcze mocniej zacisnął ręce na moich ramionach.
-Proszę cię do cholery, uspokój się i mnie puść, bo to boli! - podniosłam głos, czując jak łzy zaczęły niekontrolowanie spływać po moich policzkach.
-Ma boleć - syknął i pchnął mnie na ścianę, sam do mnie podchodząc.
_______________________________________________________________________
Połowa z was zapewne jest w szoku tym, jak w tym rozdziale ukazałam Justina, ale chciałam wprowadzić trochę akcji do opowiadania i nie zapominajcie, że po narkotykach człowiek zupełnie traci nad sobą kontrolę, a sama kokaina może wywoływać agresję.
A tak odchodząc od tematu rozdziału, to chciałam wam cholernie podziękować za to, że jesteście<333